3 grudnia 2009

Kursantka nauki jazdy skazana za wypadek.

Tym razem o sprawie bieżącej.


Sąd w Radzyniu skazał na półtora roku w zawiasach kursantkę, która pod okiem instruktora spowodowała wypadek i zabiła dwie osoby. Bo jechała za szybko.
Logika wskazywałaby, że można byłoby uznać ją za winną, gdyby np. nieoczekiwanie skręciła na przeciwległy pas. To byłoby głupotą niedopuszczalną i karygodną. Jednak kursantka nie może wiedzieć jaka prędkość w danych warunkach jest bezpieczna i odpowiednia. Od tego jest instruktor. Gdyby było inaczej - to po cóż byłoby "prawo jazdy" ?

Prawo (to, co mamy w Polsce wolę nazywać lewo) jakie jest - każdy widzi. Tworzone przez przypadkowych i skorumpowanych parlamentarzystów, egzekwowane przez źle opłacaną i równie skorumpowaną policję, wymierzane przez broniącą się wszystkimi nogami przed świeżą krwią i takoż skorumpowaną koterię (tfu) prawników. Sądy w Polsce ośmieszały się już wielokrotnie, że wspomnę skazanie kioskarki za 30gr albo emerytki za kradzież kostki masła, czy o orzeczeniu niewinności b. ministra Kaczmarka w milionowej aferze (bo miał prawo kłamać broniąc się przed odpowiedzialnością). To lewo nie służy społeczeństwu, nie służy ludziom. Służy prawnikom, urzędnikom i innym pasożytom. Niczego nie porządkuje, niczego nie ułatwia. Tworzy gąszcz, w którym nawet wykształcony i inteligentny człowiek staje się bezradny, więc musi płacić "przewodnikowi", który tych krzaków nasadził. I o to chodzi!

Smaczku tematowi dodaje komentarz w TV, że "zdaniem ekspertów konieczne będą zmiany w systemie szkoleń" i wypowiedź jakiegoś "eksperta" z Akademii Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (o której za moment). Wiadomo do czego zmiany będą zmierzać: do podniesienia kosztów kursów na prawo jazdy!


Wspomniana "Akademia..." - ciekaw jestem na jakich wydziałach i kierunkach kształci, czy prowadzi studia magisterskie, czy tylko licencjackie, a może ma prawo doktoryzowania? Sprawdziłem w necie. To grupka biegłych, która nazwała się "akademią" i szuka reklamy w TV.

Czy są jeszcze słowa, które zachowały swoje znaczenie i ciężar?

30 listopada 2009

Rynek konsumencki i reklama


Parafrazując Sienkiewicza powiem, że obecny rynek konsumencki, a dokładniej: siła nabywcza społeczeństwa, to postaw czerwonego sukna, za które ciągnie kto żyw dookoła.
Celem prowadzenia działalności gospodarczej nie jest zarabianie w drodze wytwarzania i dostarczania dóbr, ale wydarcie kawałka tego sukna od konkurencji. Korporacje odkryły parę dziesiątków lat temu, że marketing jest bardziej opłacalny od innowacji. Zamiast wymyślać, produkować i sprzedawać własny nowatorski produkt, bardziej opłaca się włożyć siły i środki w marketing, aby wmówić motłochowi, że "mój produkt jest lepszy". Zawsze mam ochotę zapytać Lepszy od czego? ale nie ma z kim rozmawiać...

Weźmy przykład "zamkniętej", izolowanej gospodarki (podobnej, jak nasz cały świat). Przypuśćmy, że w tym "państwie" jest roczne zapotrzebowanie na 1 mln ołówków. Wyprodukowanie i dystrybucja 1 szt kosztuje 50c, sprzedawany jest za 1$. Powiedzmy, że jest dwóch producentów ołówków. Jedni produkują ołówki lakierowane na zielono, drudzy na niebiesko i obaj mają po 50% rynku zyskując rocznie po 250k$.

Teraz zieloni chcąc zwiększyć swój udział w rynku zatrudniają reklamiarza, który będzie wmawiał motłochowi, że zielone są lepsze od niebieskich. Cześć motłochu w to uwierzy, wyrzuci do kosza kupione już niebieskie i kupi zielone, część zrobi to tylko po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście są lepsze. Sprzedaż zielonych wzrośnie do 600k szt., zysk zielonych odpowiednio o 50k, ale z tego 20k$ zapłacą reklamiarzowi. Jednak koszt dystrybucji ołówka wzrósł o 20k$/600kszt, czyli o ok. 3%. Zieloni są zadowoleni. Niebiescy w tym czasie sprzedadzą o 40kszt mniej (bo 60kszt niebieskich ołówków wylądowało w koszu). Sprzedaż ołówków sumarycznie wzrosła o 60k...

Jednak motłoch wyrzucił do kosza 60kszt niebieskich ołówków za 60k$. A więc motłoch kupi teraz mniej np. gumy do gaci i będzie przy taśmie produkcyjnej pracował mniej wydajnie, bo 20 razy na dzień będzie musiał podciągać opadające gacie.
Po chwili sytuacja się nieco ustabilizuje. Najpierw niebiescy przełkną stratę i wyrzucą do kosza 100kszt zalegających w magazynie przeterminowanych ołówków, których nikt nie chce kupić, a potem zmniejszą produkcję. Zieloni będą sprzedawać 600kszt (produkowanych 3% drożej, ale nadal z ceną detal. 1$), a niebiescy 400kszt. 20% robotników przeniesie się od niebieskich do zielonych. Pozornie wszystko ok.
Ale teraz niebiescy uznają, że oni nie od macochy, też wezmą reklamiarza i odzyskają swoje 10% rynku. Można tak kilkakrotnie eskalować, wyrzucając w międzyczasie ołówki do kosza (dzięki temu sprzedaż faktycznie chwilami rośnie).

Potem oczywiście zieloni za radą reklamiarza wymyślą ołówki nabłyszczane, które w produkcji będą droższe o 5%, ale w sprzedaży już o 10%, bo reklamiarzowi trzeba zapłacić więcej, (przecież nie z zysku fabrykanta, tylko z ceny detalicznej produktu), a reklamiarz i tak wmówi motłochowi, że nabłyszczanie jest tym, co motłoch musi mieć za każdą cenę, bo inaczej laski na niego nie spojrzą. Każdy motłoch teraz już ma nabłyszczany ołówek i laski znowu patrzą tylko na bicepsy, a motłoch już nie kupi nowych butów (bo wydał na ołówek), a więc przy taśmie będzie się ruszał jeszcze wolniej, bo mu podeszwy klapią.

I tak się to kręci... Najbardziej zadowoleni są reklamiarze, fabrykanci nieco mniej, a motłoch - cóż - jak to motłoch - ciemny, głupi i wydutkany. W opadających gaciach, z klapiącą podeszwą, za to z nabłyszczanym ołówkiem w kieszeni!

25 listopada 2009

No to sobie poblogam.

Już wszyscy blogują, więc postanowiłem moje porozrzucane opinie i wypowiedzi gromadzić w jednym miejscu dając możliwość komentowania ich na bieżąco.
Kilkanaście lat temu pewne moje opinie, pod którymi byłem gotów podpisać się zamieściłem w innej formie. Teraz znajdą się tutaj.

Uważam, że:
  • Więzienia mają być obozami pracy. Więzień ma zarobić.Najpierw na czynsz za zajmowany lokal, potem na pensję dla pokojówek(czyli klawiszy), a na końcu dopiero na swoje papu. Należy więźniom pozwolić prowadzić działalność gospodarczą (spora ich część, to będą obecni przedsiębiorcy).
  • Wykonuje się karę śmierci.
  • Nielegalni imigranci powinni być "wyjęci spod prawa", tj ochrony prawnej. Takiego człowieka w tym kraju nie było - a więc nie mógł go ktoś okraść czy nawet zabić - nie podejmuje się śledztwa.
  • Nie ma karania za "posiadanie aparatury", ;) czyli za potencjalną możliwość popełnienia przestępstwa. A więc wolno jeździć autem po pijoku (dopóki się w kogoś nie stuknie - przecież niejeden z Was, będąc po 2 piwach wie, że nie powinien jechać autem, a jak już pojedzie, to pojedzie baaaardzo ostrożnie. Ostrożniej, niż niejeden krewki młodzian całkiem na trzeźwo), wolno nosić broń, pędzić bimberitp.
  • Każdy obywatel ma prawo odpowiadać (tj. ponieść odpowiedzialność) za swoje decyzje i czyny. Zauważcie, że obecnie prawo traktuje nas jak "gospodarski inwentarz" (czyli jak krowy, kozy, konie i kury) będący własnością państwa. Ileż mamy przepisów zakazujących obywatelowi tego, czym mógłby sobie (wyłącznie sobie!) zrobić krzywdę! Jeśli obywatel np. nie oszczędzał na starość (nie odkładał na złą godzinę), nie ma dzieci, nie uczył się - ma prawo umrzeć z głodu (z nieleczonej choroby) czy tp. Reszta społeczeństwa nie ma obowiązku podtrzymywać go przy życiu. Ale oczywiście każdy chętny do pomocy możeto zrobić. Oczywiście za swoje, a nie za moje pieniądze. W konsekwencji nie ma państwowej (czyli za pieniądze wszystkich, a zarządzanej przez urzędników) pomocy dla słabych. Wspieranie ich może mieć źródło w dobrowolnych datkach (filantropii), poświęceniu rodziny itp.
  • Prawo ma być dla ludzi, a nie dla prawników. A więc każdy przepis prawa jest testowany na absolwentach szkoły podstawowej.Jeśli mniej niż 90% zrozumiało 100% zapisu - to prawo jest do du-y.
  • Za proces legislacyjny płaci "inicjator ustawodawczy" (może to być społeczna ściepka).
  • Za budżet państwa odpowiadają ministrowie osobistym majątkiem, także majątkiem swojej rodziny (do dowolnego pokolenia). Analogicznie samorząd terytorialny.